Archiwum | Uncategorized RSS feed for this section

Ekipa Redy i wywiad ze Stanisławem Gromadzkim

5 Paźdź

Przedstawiamy Państwu ekipę Redy Haddada, która już jutro zinterpretuje „Przegląd Filozoficzno-Literacki” na scenie w Dużym Pokoju. Zdjęcia pochodzą z wczorajszej próby.
UWAGA! Jutrzejsze spotkanie zaczynamy PUNKTUALNIE o 19.00!

Zanim posłuchamy aktorskiej (i nie tylko) interpretacji, mianem wstępu i zapowiedzi proponujemy lekturę internetowej wymiany zdań z Redaktorem Naczelnym PF-L, Stanisławem Gromadzkim.

– W jakiej mierze najnowszy PF-L mówi o rzeczywistości, która otacza  nas tu i teraz, w 2011 r., na ulicach Warszawy? Czy jako redaktorzy czujecie taką szlachetną ambicję, by dawać klucze do zrozumienia tej rzeczywistości?

St.G.: Z filozoficznego punktu widzenia to pewnie mało precyzyjnie postawione pytanie. Nie jesteśmy czymś odrębnym od świata, stanowimy jego część. Mówiąc o sobie, mówimy o świecie. Intencją najnowszego numeru PF-L jest pokazanie, jak człowiek łączy się z przyrodą. Szczegółowe i zarazem syntetycznie kwestie te rozważa redaktor tomu, dr Marcin Miłkowski, w artykule wstępnym. Odniesienie do tzw. rzeczywistości – według klucza filozofii biologii – jest odniesieniem na wielu poziomach, ale generalnie w wymiarze „średnich wielkości”: obiektów większych od kwarków, atomów i cząstek, mniejszych od planet i galaktyk.

– Jaka literatura szczególnie interesuje filozofów piszących dla „Przeglądu”?

Podział na filozofów i literaturoznawców jest dość sztuczny. Szczególnie w dobie znacznego uteoretycznienia refleksji literaturoznawczej i otwartości ludzi zawodowo parających się filozofią na różne obszary humanistyki. W kręgu zainteresowań filozofów siłą rzeczy znajduje się literatura. Filozofowie piszący dla „Przeglądu” to nierzadko filologowie. W redakcji jest kilku filologów klasycznych, germanista, kilka osób zajmujących się estetyką, z dobrym przygotowaniem z zakresu historii sztuki. A i „ciało” programowe – bardzo liczne – daje zróżnicowaną reprezentację zainteresowań i odzwierciedla złożone związki filozofii i literatury. O jedną formułę raczej trudno. Przykład wydanych numerów wskazuje, że są filozofujący pisarze, eseiści czy poeci, by wymienić, bez dookreślającej specyfikacji, Borgesa, Gombrowicza albo Różewicza, i nie brak filozofów, co to za sensowne uznają odwołania do literatury, jak choćby Nietzsche i Kołakowski. Przypadki graniczne, Brzozowski, Lem, pokazują, że kluczem jest tu przede wszystkim humanistyczny zakrój, wszechstronność i artystyczny polot. Nie zapominajmy, że PF-L jest nie tylko pismem UW, ale i warszawskiej ASP. Ale przede wszystkim jest oczywiście pismem pewnego środowiska – głównie filozofów, którzy swoją obecność zaznaczają na różnych polach humanistyki. Numer o filozofii biologii, najbliższy chyba wyodrębnionej dziedzinie filozofii, jaką jest filozofia nauki, w żadnym razie nie odbiega od głównej tendencji pisma, jaką jest ukierunkowanie na humanistykę. Nawet pisząc o ewolucji, nie rozmijamy się z głęboko ludzkim przesłaniem. Pokazujemy, co tkwi u podstawy naszego człowieczeństwa, co nas określa i jaki możemy mieć wpływ na nasze determinanty.

Jeśli jednak podział umownie utrzymać – bo w końcu nie każdy literaturoznawca zawita na nasze łamy, tak jak nie każdy, kto zwie się filozofem, będzie mógł się u nas odnaleźć – to literatura, która filozofów piszących dla PF-L szczególnie interesuje, w znaczeniu autotelicznej literackości, a nie po prostu literatury przedmiotu… Otóż taka literatura będzie niejako uposażona w wymiar filozoficzny. To literatura, która wyrosła spod pióra ludzi wszechstronnych, refleksyjnych i w sumie nieklasyfikowanych.

– Ile na Waszych łamach jest literatury, a ile filozofii? Czy staracie się zachować między nimi równowagę i czy ta równowaga jest w cenie?

No tak, ustalamy sobie aptekarską miarę. To oczywiście żart. Czy wydany przed dwoma laty numer o Lemie to numer filozoficzny, czy literacki? A co z Borgesem, z literaturą i etyką, z filozofią literatury, nawet Iwaszkiewiczem?… Na ustach niezbyt rozgarniętych urzędników, administratorów nauki mógłby się pojawić zarzut – za mało tu „prawdziwej” filozofii albo jej właśnie za dużo. Nie ma rady, z takimi opiniami też musimy się liczyć, bo stoją za nimi ludzie, którzy decydują o rozdziale środków uczelnianych. Ale to nie oni nadają ton kulturze. Nie jest przypadkiem, że pismo trwa już dziesięć lat i w sensie merytorycznym ma się niezmiennie dobrze. To siła ludzi, którzy je tworzą, ich zainteresowania i umiejętność łączenia różnych dziedzin, interdyscyplinarny zakrój, przyjacielska atmosfera, duch poszukiwań sprawiają, że nawet heterogenne elementy w ramach numerów tematycznych współgrają bez najmniejszego zgrzytu. W cenie jest nie tyle równowaga, co wysoki poziom merytoryczny, pasja i umiejętność łączenia tego, co filozoficzne i literackie.

– Czy czytając „Przegląd”, możemy się zainspirować, zarazić jakąś myślą, pobudzić swoją wyobraźnię? Czy „Przegląd” może i powinien wzbudzać w czytelnikach emocje?

Ba, czyż to, że spotykamy się w Teatrze Czasopism, nie jest dowodem na żywotność inspiracji „Przeglądem”? Ale nie przesadzajmy. Incydent – choć znamienny – nie wyznacza jedynej formy zainspirowania. To może być, za naszym przykładem, dążenie do tworzenia kolejnych pism. To także skala oddziaływania – obecność w środowisku, zainteresowanie czytelnicze. To wreszcie autorskie przeprofilowanie: raptem okazuje się, że nie brak filozofów piszących poezję, prozę, dramat czy zainteresowanych literaturą. I w drugą stronę:  nie brak literaturoznawców, którzy chętnie sięgają po nasz tytuł. A emocje, owszem. Pamiętam, jakie wzbudził numer feministyczny – skończyło się wystąpieniem z „ciała” programowego osoby z tytułem profesora, a mnie dostało się za rzekome niedostrzeganie hierarchii wartości i nieoddzielanie ideologii od filozofii… Potem były wyrazy uznania za numery Borgesowskie, za pomnikowe tomiszcza, za nowatorskie projekty z zakresu filozofii umysłu, wprowadzanie nowych autorów albo traktowanie już rozpoznawalnych w sposób zupełnie odmienny od tego, jaki przyjął się w badaniach. Tak, szaleni doktoranci stworzyli pismo, i to takie, które niespecjalnie liczy się z akademickimi hierarchiami, za to stawia na innowacyjność, otwartość. I niezależność, nawet w akademickich warunkach.

– Czy „Przegląd” kreuje mody, trendy i potrzeby, czy tylko je odzwierciedla? A może przeciwnie – przeciwstawia się jakimś modom i trendom lub zupełnie je ignoruje?

„Duch czasu” czy niespieszne czytanie, na przekór zgiełkowi świata? Oczywiście, w pewnym sensie jedno i drugie. Nie możemy być odcięci od najnowszych badań, co nie znaczy, że mamy bezkrytycznie powielać zwykle importowane paradygmaty myślenia. Postmodernizm u nas specjalnie się nie zakorzenił, był zdecydowanie za miałki intelektualnie. Był wspomniany feminizm. Po filozofii umysłu przychodzi uzupełnienie w postaci filozofii biologii. Różne paradygmaty, różne style myślenia. A przy tym znaczne doreprezentowanie tzw. warszawskiej szkoły historii idei. I jakże widoczna klasyka – Nietzsche, Leibniz, Hobbes… Rzecz charakterystyczna, że na przykład numer o Leibnizu jest w gruncie rzeczy wyrazem zainspirowania problematyką leibnizjańską we współczesnej filozofii. Co jeszcze? Całościowe spojrzenia na formacje kulturowe – Grecja, Rzym. Postaci niedoceniane: Jacobi, w pewnym sensie Horkheimer. I wyczucie dla rodzimych dokonań: pierwszy w Polsce numer o Siemku. Duch nie tchnie, kędy i jak chce, ale tchnie uważnie, czy to w odniesieniu do współczesności, czy wymagającej przemyślenia tradycji.

– Czy mógłby Pan objaśnić sens okładki numeru o filozofii biologii? Co faktycznie przedstawia?

Czy akurat to, co na niej widać, czy jakieś niewidzialne? A może ton, klimat, pewien dramatyzm. Z pewnością jest dramatyczna, mroczna. Przynajmniej frontalnie. Wystające ze skały skrzydło ptaka? Jakieś gotyckie wzory – niczym pendentywy w katedrze św. Marka? Jest tylko jedno skrzydło: z trzech projektów zaproponowanych przez Mirka Makowskiego ten właśnie najbardziej mi się spodobał. Jeśli jednak rozchylić okładkę, pojawi się skrzydło prawie symetryczne, a w środku, na trzeciej stronie, kolejne, uniesione do góry, a więc skierowane w przeciwną stronę niż poprzednie. To jakby pozostałe – „odrzucone” projekty. Okładka sama sobie nie wystarcza. Jest częścią projektu artystycznego. Komponuje się z materialną, przestrzenną podstawą numeru i szczęśliwie z zawartością. Także tą artystyczną – w tym wypadku wkładką zawierającą zdjęcia prac Barbary Redlińskiej. Proszę zwrócić uwagę, że od pewnego czasu niektóre pisma mają okładki – nie są po prostu tytułami z uproszczonym spisem treści. Jak ten stan wyglądał w 2002 roku, kiedy wychodził pierwszy numer PF-L, właśnie z okładką, chyba nie muszę nikomu przypominać.

Relacja Dagny

2 Paźdź

Dagna Kruszewska przyszła na pierwsze spotkanie „Teatru Czasopism” i obiecała napisać relację. Wypowiedź Dagny zamieszczamy poniżej. Dziękujemy!

PRZEMYŚLENIA METAFIZYCZNE

W FORMIE DRAMATYCZNEJ

Czas akcji: wrześniowy wieczór.

Miejsce akcji: Pracownia „Duży Pokój”.

Bohaterowie: „Tekstualia”.

Prolog

„Teatr Czasopism ma dzisiaj światową premierę!”. Witająca nas w ten sposób Agnieszka Kozłowska (Fundacja Otwarty Kod Kultury) zaprasza do uczestnictwa w zupełnie nowym przedsięwzięciu artystycznym.

Teatr Czasopism jest inicjatywą, która być może pozwoli zwiększyć czytelnictwo czasopism kulturalnych. Idea Teatru zakłada, że czterej reżyserzy (Natalia Fijewska-Zdanowska, Joanna Grabowiecka, Reda Paweł Haddad, Igor Gorzkowski) zinterpretują treść czterech czasopism („Tekstualia”, „Przegląd Filozoficzno-Literacki”, „FA-art”, „LiteRacje”) podczas czterech spotkań (29.09, 6.10, 13.10 i 20.10).

Czytanie performatywne czasopism nie tylko umożliwia zapoznanie się z treścią danego numeru, ale także umieszcza teksty z papierowego medium w kontekście teatralnym, sprawiając, że słowo staje się „żywe”.

„Tekstualia”, kwartalnik będący przedmiotem interakcji kulturalnej tego wieczoru, został założony w 2005 roku przez Żanetę Nalewajk i Krzysztofę Krowirandę. Składają się nań zarówno teksty literackie, jak i krytyczne. Motywem przewodnim bieżącego numeru jest współczesna poezja metafizyczna. Metafizyka to temat być może niezbyt dziś modny, ale chyba wciąż jednak obecny w świadomości współczesnego człowieka i wykraczający poza operowanie tradycyjnymi pojęciami Boga, rozumu, miłości, śmierci i czasu. To właśnie pokazują teksty w kwartalniku, jak również ich performatywna adaptacja.

Akt pierwszy

Przestrzeń wyodrębnionej części scenicznej jest utrzymana w formie minimalistycznej, a dominanty barw to kontrastowe zderzenie czerni i bieli.

Na scenie stoi mały stolik z niewielkimi lampkami. Siedzą przy nim dwie młode aktorki (Zuzanna Fijewska-Malesza i Agata Fijewska), ubrane na czarno-biało. Na zmianę wygłaszają fragmenty tekstów – przy czym są to utwory należące i do sfery literackiej (poezja, proza), i do naukowej (teksty krytyczne). Nie ma w tym cienia monotonii. Płynne skądinąd przejścia pomiędzy utworami zaznaczają zmiany oświetlenia – to pogrążamy się w mroku, rozświetlonym jedynie lampkami, to znów zapala się silne światło sufitowe. Aktorki przy każdym fragmencie inaczej modulują głosy, słyszymy zarówno bezduszny i pewny ton manifestu (Stare i nowe w poezji metafizycznej Edwarda Kasperskiego), jak i gwarowy zaśpiew wiejskiej gospodyni (O Bogu, diable i dwóch braciach Piotra Klingera), by następnie zanurzyć się w pobożnie pokornym tonie modlitwy (Gorzkie żale Andrzeja Zgorzelskiego) czy w końcu dać się porwać żywym i energicznym słowom chłopca (Za ogonem Wąwoza Rafała Lewczuka). Jak w kalejdoskopie przesuwają się przed naszymi oczami problemy egzystencjalne (po)nowoczesności. W dynamicznym tempie przenosimy się od jednego fragmentu do drugiego, od drugiego do kolejnego i tak aż do końca.

Gromkie brawa są wyrazem głębokiego zadowolenia publiczności.

Akt drugi

Ale to nie koniec wieczoru. Kolejną jego część stanowi moderowany przez Agnieszkę Kozłowską wywiad z redaktor naczelną „Tekstualiów” – Żanetą Nalewajk. Publiczność, wśród której znajdują się autorzy tekstów, krytycy, a także ludzie zainteresowani kulturą, zadaje pytania i dzieli się własnymi przemyśleniami. Przeradza się to w rodzaj polilogu, na który składają się wypowiedzi dotyczące samego czasopisma, jego autorów, współpracujących krytyków, a także twórczej interpretacji przefiltrowanej przez medium Teatru.

Akt trzeci

Pora na część nieformalną. Z integralnej grupy publiczność rozdziela się na małe grupki dyskusyjne. Wymieniamy uwagi, gratulujemy twórcom oraz organizatorom, sączymy lampkę wina. Chętni otrzymują egzemplarze kwartalnika, można więc od razu zagłębić się w lekturze także tych tekstów, których w adaptacji zabrakło (na szczególną uwagę zasługuje m.in. wyjątkowo plastyczny językowo poemat Jutro lustro Piotra Mitznera). W końcu się rozchodzimy. Wieczór bez wątpienia należał do udanych.

Didaskalia

Inauguracja Teatru Czasopism, której byliśmy świadkami, wiąże się z kilkoma ważnymi kwestiami. Po pierwsze, zamiast samotnej lektury czasopisma dostajemy alternatywę w postaci „żywego słowa”, przepuszczonego przez filtr reżyserskiej wizji artystycznej. Stwarza to nowe możliwości gry: zarówno tekstu „odegranego” z tekstem „odczytanym”, jak i odbiorcy „prywatnego” z odbiorcą „zbiorowym”.

Sama forma czytania performatywnego jest dwoista: jednocześnie jest chaosem, ponieważ składa się z mozaiki fragmentów tekstów, ale też jest porządkiem, gdyż całość zyskuje nowe oblicze – pewnej skończonej dramatycznie całości.

Jest to interesujące doświadczenie z punktu widzenia autorów tekstów, którzy nie mają zwykle wglądu w świat swoich czytelników. Tym razem mogli się przekonać, jak brzmią ich utwory w wykonaniu osób trzecich i że wiele sensów (niekoniecznie zgodnych z autorskim zamierzeniem) można dzięki tym wielopoziomowym interakcjom odkryć.

A czy nie o to właśnie chodzi w metafizyce?

Dagna Kruszewska  ur. 1985, z wykształcenia polonistka, z zawodu bibliotekarka. Interesuje się współczesną literaturą oraz postmodernistycznym kinem. Uwielbia muzykę rockową i T-shirty z postaciami z kreskówek.

Pierwsze czytanie – pierwsze emocje

30 Wrz

Dziękujemy wszystkim, którzy przyszli do Dużego Pokoju na spotkanie z „Tekstualiami”. Tych, którzy nie zdołali dotrzeć, zapraszamy za tydzień. Było tłoczno, klimatycznie i to przede wszystkim – naprawdę interesująco!

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Ostatnie przygotowania

28 Wrz

W Dużym Pokoju próbowały dziś siostry Fijewskie. Na gorąco uchwyciłyśmy je telefonem, kiedy próba dobiegała już końca…

PF-L – historia o Człowieku, Jego nieograniczoności i Wyzwaniach

25 Wrz

Dr Marcin Miłkowski donosi, że są już tzw. numery sygnalne „Przeglądu Filozoficzno-Literackiego” (numer o filozofii biologii). Zanim dostaniemy w swoje ręce nowy numer, przeczytajmy, co Reda Haddad, reżyser performatywnego czytania „Przeglądu”, ma do powiedzenia już dziś na temat pisma, z którym zmierzy się 6 października w ramach TEATRU CZASOPISM:

Performatywne spotkanie z najnowszym numerem „Przeglądu Filozoficzno-Literackiego” jest dla mnie wielką radością i wyzwaniem.
Jest to numer poświęcony biologii, a co za tym idzie, holistycznemu postrzeganiu homo sapiens.
Myślę, że nieprzypadkowo ten numer „Przeglądu” trafił właśnie na mnie. Od wielu lat jedną z moich największych fascynacji jest kognitywistyka i jej związki z życiem i sztuką.
Teksty są dość szczegółowe i naukowo precyzyjne – wymagają powolnej, skoncentrowanej lektury.
Wiadomo, że scena rządzi się swoimi prawami, dlatego zdecydowałem się „zsyntetyzować” niektóre fragmenty, zdjąć akcenty z „naukowej precyzji” i postawić na „performatywność słowa”.
Bardzo zależy mi na wyjściu poza formę przewidywalnego czytania. Mam nadzieję, że redaktorzy Pisma przyjmą z wyrozumiałością moje egotyczne nadanie sobie uprawnień „nadredaktora”…
Przede mną próby w arcyciekawej ekipie ze wspaniałą i oryginalną aktorką, Agatą Sasinowską oraz nieprzewidywalnie utalentowanym władcą najniższych częstotliwości – kompozytorem i basistą, Januszem Rutkowskim.
Naszym celem jest opowiedzenie historii o Człowieku, Jego nieograniczoności i Wyzwaniach, z którymi My, Ludzie, musimy skonfrontować się już dziś.

Przyznaję się, że mimo iż staram się być „aktywnym intelektualistą”, nie miałem wcześniej zaszczytu spotkać się z potęgą myśli zawartych w innych numerach „Przeglądu”. Teraz już wiem, że na bezludnej wyspie skrzynia wypełniona numerami „Przeglądu Filozoficzno-Literackiego” mogłaby wystarczyć za symulację całego Uniwersum.

Teatralna praca na tak perfekcyjnie zredagowanym materiale, zawierającym w sobie wyjątkowo szeroki horyzont myślowy, to duży przywilej, inspiracja i obowiązek.

Moje reżyserskie ego napęcznieje sukcesem, jeśli tylko uda się nam przekonać choć jednego widza, że Człowiek, zarówno myślą, jak i ciałem, jest nierozdzielnym elementem Kosmosu, a nasza galaktyka to tylko jedna z fal Oceanu Nieskończoności.

Bóg na scenie się przydaje, nawet jeśli jest niemodny

19 Wrz

Jakie wrażenia z lektury „Tekstualiów” wyniosła Natalia Fijewska-Zdanowska? Co szykuje dla nas wraz z siostrami na 29 września? Oto mała zapowiedź:

Przekazane nam „Tekstualia” to numer wyjątkowo »zaangażowany emocjonalnie«. A jednocześnie wyjątkowo »niemodny«. Motyw przewodni – istnienie lub nieistnienie Boga we współczesnej literaturze – wzbudza wielostronne kontrowersje, choć przecież to motyw stary jak świat. Z naszej (czysto teatralnej) perspektywy nie sposób oprzeć się wrażeniu, że Bóg w literaturze, tak jak w utworze scenicznym, po prostu się przydaje, może nawet jest konieczny. Potrzebujemy go do prowadzenia dyskusji, snucia opowieści. Chcemy i potrzebujemy odnosić się do niego, oskarżać go, złościć się na niego, porównywać z nim, traktować jako istniejący lub nie, ale ważny i stały punkt odniesienia.
W naszym czytaniu będziemy szukać emocji autorów – na temat tych bardzo niemodnych spraw ostatecznych…

Metafizyczne „Tekstualia”, podwójna radość

17 Wrz
Jest „dobra ciemnooka noc”, godz. 2.46, gdy do skrzynki mailowej wpada wiadomość od Żanety Nalewajk. Tuż przed wyjazdem z Warszawy szefowa „Tekstualiów” odpowiada na kilka przesłanych jej chwilę wcześniej pytań. Krótkie piłki Joanny, pogłębione komentarze Żanety – potraktujcie to jak rozgrzewkę przed Wielkim Szlemem (przypominam raz jeszcze, część pierwsza już 29 września – Australian Open…? Czemu nie?).
 

– Czego się spodziewasz po udziale „Tekstualiów” w TEATRZE CZASOPISM, czy masz jakieś nadzieje, oczekiwania?
Bardzo cieszę się z zaproszenia „Tekstualiów” do udziału w projekcie Teatr Czasopism. Radość jest podwójna. Pierwszy powód wiąże się z tym, co nieustannie fascynuje mnie w prowadzeniu czasopisma, czyli z kulturotwórczym doświadczeniem międzyludzkim. Kiedy ukierunkuje się je na realizację wspólnych projektów, potężna – choć nie zawsze łatwo dostrzegalna i nie zawsze doceniana tak, jak na to zasługuje – energia intelektualna i twórcza wyzwala się i materializuje najpierw w postaci tekstów publikowanych w kolejnych wydaniach „Tekstualiów”. Projekt Teatr Czasopism stwarza szansę na pokazanie tego, że utwory drukowane w czasopiśmie nie są przeznaczone jedynie do cichej lektury i że mogą wybrzmieć donośniej. Drugi powód do radości ma związek z tym, że wspomniana energia intelektualna i twórcza zmaterializuje się teraz również w innej, teatralnej formie. Rezultaty tego przedsięwzięcia dla mnie samej będą niespodzianką. To ciekawe przeżycie, posłuchać melodii tekstów, zobaczyć utwory, nad których doborem, redakcją i kompozycją pracuje się czasem wiele miesięcy, w reżyserskiej interpretacji, a zatem przefiltrowane przez literacką i teatralną wrażliwość innego człowieka, wkładającego w przygotowanie adaptacji wiele pracy.

– Co sądzisz o mariażu teatru i czasopism?
Mariaż czasopism i teatru – o ile uda się go z powodzeniem zrealizować – wydaje mi się świetnym pomysłem, który ma zresztą bardzo dobre dwudziestowieczne tradycje, żywe na przykład w dwudziestoleciu międzywojennym. To szansa na zaakcentowanie kulturotwórczej roli periodyków kulturalnych, lepszą promocję autorów (tego we współczesnej kulturze ciągle brakuje, sensownych działań tego typu nigdy nie za wiele).

– Które teksty w najświeższych „Tekstualiach” mają wg Ciebie najbardziej sceniczny potencjał?
Spośród utworów publikowanych w numerze „Tekstualiów”, którego tematyczny dział artykułów został poświęcony został najnowszej poezji metafizycznej, za najbardziej sceniczne uważam teksty Piotra Mitznera, Leszka Szarugi i Piotra Klingera. Wskazanie na tych autorów nie jest przypadkiem. Dla dwóch z nich doświadczenie teatralne pozostaje pasją, a zarazem było lub jest niemal codziennością. Piotr Mitzner to przecież nie tylko świetny poeta, lecz także teatrolog o olbrzymim doświadczeniu w pracy w działach literackich teatrów, m.in. Teatru Powszechnego w Warszawie, Teatru im. S. Jaracza w Łodzi. Z kolei Piotr Klinger to zarówno młody pisarz, jak i reżyser oraz aktor. Mówiąc o potencjale scenicznym tekstów tych autorów, nie mam na myśli tego, że można je łatwo przyporządkować do grupy utworów zaliczanych do rodzaju literackiego, jakim jest dramat. Teksty te są sceniczne w inny sposób. W wypadku prozy Piotra Klingera O Bogu, diable i dwóch braciach tej sceniczności sprzyja między innymi stylizacja gwarowa, w przypadku sylwy Leszka Szarugi na ową potencjalną sceniczność składają się wewnętrzna dialogowość Wyświetlenia oraz słowno-muzyczny cytat ze znanego hymnu (nie zdradzę, jakiego), na który została przypuszczona znaczeniotwórcza szarża lingwistyczna. Największym wyzwaniem wydaje mi się jednak realizacja sceniczna poematu Piotra Mitznera Jutro lustro. Poemat jest świetny językowo. Zwraca uwagę bogactwem zabiegów lingwistycznych, które powodują, że zwięzłość wersów rekompensowana jest ich wieloznacznością uzyskiwaną na różne sposoby, między innymi poprzez redukcję znaków interpunkcyjnych. Zachowanie tej polisemii w realizacji teatralnej wymaga nie lada inwencji. To zadanie dla reżysera, który jest poetą sceny wrażliwym na wizualną stronę poematu oraz na bogactwo brzmieniowe wynikające między innymi z wyzyskania fałszywych etymologii słów, paronomazji, przekształceń związków frazeologicznych. Wszystko to (i nie tylko to) składa się na świetny tekst o ciele i słowie, rozpoznaniu płci oraz upływającym czasie. Moje głębokie przekonanie o możliwości pokazania, a nie tylko odczytania tego poematu na scenie, wynika z jednego z największych przeżyć teatralnych, którym był spektakl Kosmos w reżyserii Jerzego Jarockiego, oparty na kanwie ostatniej powieści Witolda Gombrowicza i wystawiany w Teatrze Narodowym w Warszawie. W tej inscenizacji reżyser, którego śmiało można nazwać poetą sceny, zmierzył się z poetą prozy. Efekt teatralny tego spotkania okazał się znakomity. Sceniczność nie sprowadzała się do zaakcentowania wizualnej warstwy tego tekstu, tym bardziej nie była budowana głównie w oparciu o scenografię – wyróżniającą się w tym wypadku właśnie minimalizmem. Wynikała natomiast ze świadomej pracy ze słowem i niecodziennej wrażliwości Jarockiego na jego poetycką nadorganizację. Można by długo opowiadać o zastosowanych przez reżysera technikach przekładu języka prozy Gombrowicza na język teatru. Po tym spektaklu przestałam wierzyć w istnienie „tekstów wybitnych, ale niestety niewystawialnych”. Od tamtej pory myślę o relacji tekst – teatr w kategoriach bardziej lub mniej udanych przedstawień.

– Czy zdarzyła się jakaś humorystyczna lub po prostu interesująca sytuacja związana z najnowszymi „Tekstualiami”, którą mogłabyś przytoczyć? Jaka?
Kiedy decydujemy się na opracowanie jakiegoś tematu w czasopiśmie, często idziemy pod prąd modom panującym w kulturze. A metafizyczność, pomimo tego, że nie przestaje zaprzątać uwagi poetów, z pewnością nie należy ostatnio do tematów modnych, wyjątkowo chętnie podejmowanych przez krytyków literackich i badaczy literatury. Samo pojęcie metafizyczności nie jest jednoznaczne, można tę kategorię rozumieć na wiele sposobów. Dla przykładu Witkacy, pisząc o zaniku uczuć metafizycznych (które, w jego przekonaniu, nie muszą być ani tożsame z religią, ani krzepić lub utwierdzać w poczuciu harmonii), podkreślał, że trzeba je nieustannie wzbudzać, ponieważ to właśnie w konsekwencji niepokoju metafizycznego rodzą się największe duchowe – artystyczne i intelektualne – dzieła człowieka. Okazało się jednak, że metafizyczność jako temat numeru czasopisma powodować może także nieporozumienia (założenia kolejnych edycji „Tekstualiów” publikujemy zwykle na naszej stronie internetowej). Sporym zaskoczeniem był jeden z maili, który wpłynął na skrzynkę redakcyjną, zawierający – zamiast artykułu naukowego poświęconego najnowszej poezji metafizycznej – zdjęcie domowej kapliczki, na którym dewocjonalia sąsiadowały z kablem od telewizora uchwyconym (raczej nieintencjonalnie) na pierwszym planie kadru.

– Kto najczęściej czyta „Tekstualia” i dla kogo przede wszystkim wydajesz to pismo?
„Tekstualia” to wielopokoleniowe czasopismo naukowo-literackie, któremu bliska jest refleksja interdyscyplinarna. Adresowane jest do osób w różnym wieku, od studentów począwszy (zdarzają się też czytelnicy licealiści), na literaturoznawcach, twórcach i miłośnikach literatury skończywszy. Publikujemy w czasopiśmie literaturę, rozmowy, recenzje, przekłady, czasem też eseje (ale nie za często, bo wybitne eseje powstają niezwykle rzadko) oraz artykuły naukowe. Lektura tekstów z działu Artykuły wymaga oswojenia się z językiem dyscypliny, o rzeczowość którego bardzo dbamy. Programowo staramy się unikać publicystyczności oraz stylu, który potocznie i nietrafnie nazywa się eseistycznym, a który często w istocie ma niewiele wspólnego z eseistyką zasługującą na głębokie uznanie. Wiadomo przecież, że brak precyzji wypowiedzi nie czyni z autora wybitnego eseisty, podobnie jak to, że tekst nie jest naukowy, nie oznacza automatycznie, że pasuje do niego miano świetnego eseju lub dobrej publicystyki.

– Bez kogo „Tekstualiów” by nie było?
„Tekstualiów” nie byłoby bez (rozumianych nieinstytucjonalnie) Tekstualiów, czyli bez dobrych autorów, bez osób, którym zdarza się redagować teksty zamiast spać, bez osób, które martwią się, jak znaleźć pieniądze na wydawanie czasopisma, bez osób, które tworzą przyjazne, otwarte światopoglądowo i nastawione dialogowo środowisko literackie i literaturoznawcze, bez osoby, która dba o to, żeby pismo dotarło do czytelników, bez osób, które rezygnują z innych form spędzania czasu i wybierają wycieczkę do biblioteki, żeby poczytać czasopismo, bez osób, które rezygnują z innych wydatków i postanawiają zamówić prenumeratę, a potem czytają kolejne numery, bez osób, które myślą z troską o losie literatury i kultury polskiej. Takich osób na szczęście ciągle jest wiele. Mam nadzieję, że to wystarczy do tego, żeby „Tekstualia” mogły dalej się rozwijać.